fbpx

Czego uczy nas zakalec?

Ile razy mówiłam sobie „Gotować lubię, ale do pieczenia nie mam talentu. Żadne ciasto mi nie wychodzi”. Wiele razy słyszałam podobne stwierdzenia od moich znajomych, którzy chwaląc wypieki, przytaczali historie o swoich nieudanych ciastach, które miały udowadniać posiadanie dwóch lewych rąk w tej materii.

Gdyby ktoś trzy lata temu powiedział mi, że odnajdę pasje w pieczeniu, zapewne turlałabym się ze śmiechu między okruchami, które opadły na podłogę z deski do chleba. A jednak stało się właśnie tak, że w wolnej chwili lubię próbować nowych przepisów i wlewać je do blachy. Co więcej, mam odwagę robić to po swojemu. Ale od początku.

Początki mojego pieczenia zaprzeczały prawdopodobieństwu wystąpienia zakalca w cieście, ponieważ u mnie wynosiło ono 100%. Wówczas na kilka miesięcy rzucałam formy w kąt, ale gdy złość minęła próbowałam po raz kolejny z podobnie marnym efektem. Plusem było to, że posiadałam w domu osobnika, który nie wiedział, co to zakalec i towarzyszył mi w zjadaniu karłowatych ciast. Nie wyciągałam wniosków i nie analizowałam, co może być przyczyną. Bo znacznie prościej było powiedzieć „Ok, nie potrafię piec” i próbować żyć z tym dalej, niż podejmować kolejne próby z dużym ryzykiem niepowodzenia.

Momentem przełomowym było, gdy pomyślałam sobie, że to jest tylko przepis i tak jak moje wykonanie może być niewłaściwe, tak nie ma nade mną klątwy w postaci antytalentu do pieczenia. Od tego momentu zaczęłam piec, ale uważniej. Obserwować i wyciągać wnioski, gdy ciasto nie było takie jak chciałam. Zaczęłam też modyfikować przepisy i wprowadzać swoje pomysły w życie. W ten sposób dzięki kolejnym zakalcom, ale i tym udanym ciastom uczyłam się, co można, a czego absolutnie nie można robić, jeśli chcę, by ciasto wyrosło. Przyszło do łączenia smaków, ku uciesze najbliższej rodziny, która coraz częściej degustowała te nowości. Ciasto pomarańczowe, które sobie wymyśliłam, udało się w trzecim podejściu. To wszystko dzięki dwóm poprzednim nieudanym próbom.

Do tej pory popełniam błędy, bo cały czas się uczę, a na nich robi się to najlepiej. Ba, nawet w ostatni weekend przeżyłam moment grozy, gdy okazało się, że tortownica nie jest szczelna i ciasto kapało na spód piekarnika. Dzięki szybkiej reakcji i folii aluminiowej udało się dość szybko opanować sytuację. Pamiętam też pierwsze ciasto z galaretką, gdy zupełnie nieświadoma konsekwencji wylałam, gdy tylko ostygła. Wycieranie wyciekającej na obrus płynnej galaretki było dla mnie ważną lekcją, że trzeba poczekać, aż lekko zacznie tężeć. Miałam też przygodę, gdy po raz kolejny piekłam murzynka. Gotowe ciasto przelałam do blachy, wstawiłam do nagrzanego piekarnika i wyszłam na chwilę. Po kilku minutach zauważyłam, że na stole została niewmieszana ubita piana z białek. Wyciągnęłam szybko jeszcze płynne ciasto i wmieszałam pianę bezpośrednio w blasze. Co ciekawe, wyszło!

Chciałabym, by ten wpis trafił do osób, które tak jak ja były przekonane, że nie potrafią piec. Zbyt duży wpływ mają na nas idealne zdjęcia ciast i głęboko ukryte porażki, na bazie których powstał każdy nowy przepis. Jeśli nie damy sobie przyzwolenia na błąd, nie wyjdziemy poza utarte schematy i odbierzemy sobie szansę na naukę. Dotyczy to każdej dziedziny życia, więc jeśli tylko chcemy, próbujmy i wyciągajmy wnioski z każdego potknięcia. Wymaga to samozaparcia, będzie wiązało się z całym wachlarzem niełatwych emocji, ale nagrodą będzie doświadczenie i satysfakcja, gdy w końcu dopniemy swego.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *