fbpx

Gdy Ciebie zabraknie

Ten rok jest jakiś inny. Trudno więc się dziwić, że pierwsze dwa dni listopada, gdy tradycyjnie odwiedzamy groby naszych bliskich, którzy odeszli, tym razem także były inne. Cmentarze zamknięte, kolejne rzędy zniczy oświetlające żeliwną bramę i pojedyncze osoby spacerujące chodnikiem, choć myślami gdzie indziej.

Mimo wszystko początek listopada to czas zadumy. Czas, gdy nieco zwalniamy i myślimy o tych, którzy są z nami, choć nie przy nas. Wspominamy, uśmiechamy, wzruszamy i częściej niż zwykle myślimy o życiu i jego nierozłącznej towarzyszce, czyli śmierci.

Mając kilka lat, zastanawiałam się, kiedy nastąpi moment, gdy zaczną umierać osoby, które znałam. Wówczas pogrzeby były dla mnie odarte z osobistych emocji, gdy przedzierałam się w gąszczu czarnych płaszczy i patrzyłam na pomniki nieznanych mi osób. Było to dla mnie równie niezrozumiałe co na swój sposób fascynujące, że to co dla mnie jest pomnikiem, dla innych jest bliską osobą. Jednocześnie wyobrażałam sobie, z lekką obawą, smutek po stracie kogoś, kogo się kochało. Wydawało mi się, że płacz nad grobem to płacz nad nieszczęściem, które się przydarzyło tej osobie. Nad chorobą, cierpieniem, jej śmiercią i tym, że nie może żyć już razem z nami.

Kilka lat temu pochowałam tatę. Wówczas dostałam lekcję o tym, czym naprawdę jest strata bliskiej osoby. Moje wyobrażenia dotyczące tego, co miało nastąpić i towarzyszących mi emocji były tak różne od tego, co rzeczywiście się działo wewnątrz mnie. Na początku nie było płaczu. Świat zatrzymał się, a w głowie kołatała się tylko jedna myśl – stało się, tu i teraz. Każdy kto przygotowywał pochówek wie, ile spraw trzeba załatwić na już. Ruszyłam i ja, mechanicznie wykonując kolejne punkty z listy do zrobienia. Działałam bez emocji, choć w środku miałam ich całe pokłady. I tak aż dnia pogrzebu.

Pierwszym etapem było niedowierzanie połączone ze świadomością, że trzeba działać, załatwiać, dzwonić, jeździć. Jak sprzeczne są to myśli wie tylko ten, kto ich doświadczył. Kładłam się spać ze strachem przed tym, co właśnie się stało, a budziłam z myślą, że to się nie wydarzyło. Jadąc pociągiem, patrzyłam na ludzi i czułam złość. Jak oni mogą się uśmiechać i żyć tak beztrosko, po tym co się stało? Siedząc w czarnym płaszczu, denerwował mnie każdy uśmiech współpasażerów. Na poziomie emocji nie rozumiałam, jak świat może dalej przeć do przodu, skoro mój się zatrzymał. Z każdym dniem jednak emocje uspokajały się i w miejsce złości wchodził zwykły smutek.

Co mnie zaskoczyło w żałobie? Szybko zrozumiałam, że muszę uważnie słuchać siebie i robić to, co potrzebuję w danej chwili. A potrzebowałam zupełnie innych rzeczy, niż mogłam przypuszczać. Myślałam, że będę potrzebować czasu dla siebie, a od początku lgnęłam do ludzi. Potrzebowałam zwykłej rozmowy, kawy, ciasta na talerzu i namiastki normalności. Zaskoczyło mnie też to, że dobrze czułam, jak długo potrzebuję nosić się na czarno. Wcześniej uważałam, że jest to szkodliwe, ponieważ tylko rozdrapuje niezagojone rany, tymczasem czarne ubrania stały się dla mnie ochroną i usprawiedliwieniem nagłego płaczu czy innych uzewnętrznionych emocji. Nikt nie pytał, co u mnie i czemu jestem smutna. Dawało mi to komfort unikania tłumaczenia się z odmiennego zachowania, do którego miałam prawo.

Zdziwiłam się, gdy zrozumiałam, ze żałoba nie jest opłakiwaniem osoby, która już nie odczuwa bólu, ale jedną wielką tęsknotą. Za tym, co się wydarzyło, za tym, co się nie zdążyło wydarzyć, ale też za tym, co nigdy się nie mogło wydarzyć, a tak bardzo chcieliśmy. Tęskniłam za głosem, zapachem, dotykiem, telefonem w urodziny. Wszystkim tym, czego nie sposób jest zapisać na dysku i odtworzyć w wybranym momencie. Nikt mnie przed tym nie ostrzegł, choć z drugiej strony trudno ostrzegać przed czymś, co jest tak osobiste. Ja jednak postanowiłam napisać o tym nie dla siebie, ale dla was, aby pokazać jak różnie może wyglądać czas żałoby. I że najlepsze co możemy dać drugiej osobie to obecność.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *