fbpx

„Nazywam się Kurdystan” Witold Repetowicz

O Kurdystanie się nie mówi. Są miejsca, gdzie za użycie tej nazwy można liczyć się nieprzyjemnościami, a w całej reszcie świata temat rozmywa się do tego stopnia, że można się zastanawiać, czy Kurdystan nie jest utopijną krainą.

Próżno szukać go na mapie, a odnalezienie rzetelnego artykułu o obecnej sytuacji Kurdów wymaga niebywałej cierpliwości. Tymczasem milczenie wcale nie oznacza, że czas się zatrzymał. Wręcz przeciwnie, przez ostatnie lata dużo wydarzyło się na styku czterech azjatyckich krajów i dziś chciałabym przełamać niezręczną ciszę i porozmawiać o narodzie bez swojego państwa.

Koniec XVIII wieku, Polska. Kawałek po kawałku jest rozrywana przez trzy sąsiadujące z nią kraje. W zależności od regionu nie można używać języka polskiego. Przez ponad sto lat wykorzenia się kulturę i język, zastępując go językiem niemieckim lub rosyjskim. Polska staje się nieobecna na mapie, ale wciąż żywa w sercach Polaków. Nic nas tak nie łączy jak pragnienie, by żyć w wolnym kraju i wyrwać się spod okupacji. Jednocześnie, gdy już udaje się nam odrodzić, okazuje się, że główne spoiwo straciło na aktualności. Dzielimy się i szukamy wrogów u siebie, osłabiając i tak chwiejną pozycję na arenie międzynarodowej.

Kiedyś za słuchanie tych piosenek trafiłbym na wiele lat do więzienia, a teraz? Możemy mówić po kurdyjsku, słuchać kurdyjskiej muzyki, mamy pracę.

A co jeśli powiem, że tu i teraz dzieje się bardzo podobna historia? Jeśli kiedyś zastanawialiście się, dlaczego nikt nie stawał w naszej obronie, gdy zniknęliśmy na 123 lata z mapy, niech odpowiedzią będzie pytanie, co zrobił świat, by wesprzeć Kurdów w ich drodze do autonomii. Tak samo jak Polska stała się pionkiem w grze wschód-zachód, tak Kurdystan jest pionkiem w kotle bliskowchodnim, gdzie zasady gry wyznacza cena baryłki, ale na pewno nie dobro ludności cywilnej. Pozycję Kurdystanu dodatkowo osłabiają wewnętrzne podziały, które ostatecznie uniemożliwiają połączenie sił w walce o wspólny cel. Pod tym względem, mimo różnicy kilometrów, Kurdowie mogliby sobie śmiało podać rękę z Polakami.

Pierwszy raz o Kurdystanie usłyszałam kilka lat temu, ale dopiero na koniec tego burzliwego roku sięgnęłam po tę książkę. „Nazywam się Kurdystan” pisana jest z myślą o osobach, które już co nieco słyszały i czytały na ten temat, jednak warto po nią sięgnąć, również gdy będzie to pierwsza zwarta pozycja, jak miało to miejsce w moim przypadku. Autor opisał w niej swój pobyt w trzech częściach Kurdystanu tj. w Rożawie (część syryjska), Baszurze (część iracka) oraz w Bakurze (część turecka). Relacjonuje przy tym wydarzenia z miejsc tuż przy linii frontu, jak i tych pozornie spokojnych, choć naznaczonych minionymi zdarzeniami. Osoby, które spotkamy na kartach książki to zwykli współcześni ludzie, którzy próbują normalnie żyć, choć jednocześnie wiedzą, że wolność wymaga jeszcze wiele poświęceń.

Kurdowie natomiast chcieli rozwiązań systemowych, wpisania ich praw do konstytucji, autonomii lub przynajmniej decentralizacji i większych uprawnień lokalnych samorządów.

Sam Kurdystan rysuje się w skrajnych barwach. Z jednej strony mamy skrawek ziemi będący kolebką cywilizacji, gdzie z coraz większym trudem ostają się zabytkowe budowle, a jednocześnie w tym samem miejscu coraz głośniej wybrzmiewają takie tematy jak równouprawnienie płci czy akceptacja dla osób homoseksualnych. Wśród walczących ugrupowań są jednostki zarówno męskie jak i kobiece. Ten lewicowy trend w społeczeństwie stanowi jedną wielu osi podziału, który nie pozwala na połączenie sił w dniu wyborów czy też utworzenie jednolitej strategii odzyskania i, co ważniejsze, utrzymania niepodległości Kurdystanu.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *