fbpx

Odcienie szarości

„I żadne płacze i żadne krzyki nie przekonają nas, że białe jest białe a czarne jest czarne” – grzmiał poseł, którego imienia nie można wymawiać. I choć cytat zapisał się w historii polskiej polityki jako jedno z bardziej znanych przejęzyczeń, pokazuje bardzo trafnie dwie rzeczy. To że obserwując świat, podświadomie upraszczamy go, dzieląc go na dwie części. I to że te części są odbierane przez nas jako skrajnie różne. A między białym i czarnym mamy jeszcze paletę szarości, której nie chcemy dostrzegać. I żadne krzyki nas nie przekonają, że jest inaczej.

Miałam kilka lat i oglądałam w telewizji mecz piłkarski. Dwie drużyny, dwie bramki, piłka jedna. Początkowo obserwowałam rozgrywkę aż do pierwszego gola. Wówczas moje preferencje zaczęły się klarować. Wiedziałam już komu kibicuję. Jednak zegar odmierzał kolejne minuty i drużyna przeciwna zdobyła dwa gole, wychodząc na prowadzenie. Nieco zmieszana przekalkulowałam szybko, że jednak kibicuję tym drugim. W końcu rodzice spytali mnie, komu kibicuję. Bez namysłu odpowiedziałam – wygranym!

Dziecko odbiera świat bardzo intuicyjnie. Nikt nie chce być w przegranej drużynie i widzieć radość ze zwycięstwa rywala. Jako dorośli świadomie kontrolujemy ten mechanizm, jednak nie zawsze się to udaje. Powróćmy do tematu polityki. Od wielu lat dominuje w Polsce system dwupartyjny z kilkuprocentowymi partiami krzątającymi się między nogami dużych graczy. Dzielimy się na tych za partią numer jeden i tych za partią numer dwa. Rzecz jasna, że partia numer jeden uważa za mocno ograniczonych zwolenników partii numer dwa, natomiast partia numer dwa nie pozostaje dłużna i również szkaluje wyborów partii numer jeden. Tym przepychankom przyglądają się pozostałe partie.

Zmieniają się tylko nazwy. Nawet nazwiska pozostają takie same. Liczy się walka dwóch graczy. Co musi się wydarzyć, żeby kilkuprocentowa partia weszła do gry? Musi uzyskać wyższe poparcie w sondażu. Proste i logiczne, gdyby nie fakt, że sondaże to jedna z form rozgrywek między większymi graczami. Jeśli jednak uda się przebić szklany sufit, często wykorzystując błędy jednego z dużych graczy, sytuacja zaczyna się zmieniać. Nadal mamy dwóch graczy, ale zmieniły się nazwy.

Nasze preferencje polityczne zależą w dużym stopniu od tego, kto obecnie jest dużym graczem. Tak samo jest w sporcie i każdej innej dziedzinie życia. Lubimy kibicować tym, którzy odnoszą sukcesy. Nie zawsze udaje się wygrać, ale im większe prawdopodobieństwo sukcesu, tym chętniej popieramy drużynę, partię czy grupę społeczną. W przypadku wygranej, czujemy się częścią tego sukcesu. Czerpiemy hedonistyczną przyjemność z tego, że dobrze postawiliśmy. Że to my wygraliśmy.

Podobnie jest w przypadku podziału społeczności ze względu na wyznanie, pochodzenie, orientację seksualną czy rasę. Z tą różnicą, że mamy tylko jednego dużego gracza, który dyktuje warunki. Monopolista rozdaje karty, więc nie ma co liczyć na obiektywnie dobre rozdanie. Najlepszym wariantem jest, gdy urodzisz się w Polsce jako katolik, z matki i ojca Polaka, heteroseksualny o jasnej cerze. Jednak nie zawsze tak się zdarza.

Historia zna zbyt wiele przypadków dominacji jednej grupy nad pozostałymi i zapewne jeszcze wiele ich pozna w przyszłości. Apartheid, obozy koncentracyjne, walki plemienne w Afryce, zimna wojna… a to wszystko mniej niż 100 lat temu. Dla chwilowej przyjemności bycia wygranym.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *