fbpx

Pułapka posłuszeństwa

To było lato i moja pierwsza praca. Byłam kelnerką w miejskiej restauracji. Klienci bywali różni, jednak miałam być dla nich uprzejma, nawet jeśli oni uprzejmi nie byli. Była też zasada, żeby nie sprzątać całego stolika, nawet gdy goście skończyli już jeść i pić. Mogli tak siedzieć przy stoliku z pustą szklanką i dwie godziny, a ja w tym czasie byłam gotowa do ich obsługi.

Pewnego dnia, już po godzinie zamknięcia lokalu, przychodzi do mnie szefowa i mówi, żebym zabrała im szklanki. Protestuję i mówię, że nie powinnam tak robić, bo to jest jednoznaczne z wyproszeniem ich z lokalu. Szefowa spojrzała na mnie tak, że szybko zrozumiałam, że właśnie o to chodzi. Miałam ich w ten sposób wyprosić, byśmy mogły zamknąć lokal i wrócić do domów.

„Jaki jesteś grzeczny” słychać zachwyty nad dzieckiem od najmłodszych lat. Grzeczne, czyli takie, co słucha, robi to co mu każemy, uśmiecha się i nie protestuje. Nie ma własnego zdania, ani swoich myśli. Nie konfrontuje siebie z otoczeniem tylko zlewa się z nim, bojąc się, że niedopasowanie sprawi, że przestanie być akceptowane. W szkole również dobry uczeń to taki, który robi to, co nauczyciel mu każe, zachowuje się tak jak nauczyciel oczekuje, a zadania rozwiązuje tak jak ktoś mądry przewidział w kluczu odpowiedzi. Trudno więc się dziwić, że gdy stajemy się dorośli, tak trudno przychodzi nam konfrontowanie się z pozornymi autorytetami tego świata.

Od prawie pół roku odgrywamy spektakl w teatrze kukiełkowym, gdzie czasami „ci na górze” zostawiają nas w spokoju, a czasami pociągają za sznurki, kontrolując nasze działania. I bardzo trudno zerwać ten sznurek, ponieważ ukręcony jest z wielu lat doświadczeń. Na wiosnę trzeba było siedzieć w domu, potem można było wyjść, ale tylko w maseczce, później maseczki owszem, ale tylko w sklepach. Jak pelikan rybę łykaliśmy kolejne zalecenia, które często na glinianych prawniczych nogach były wprowadzane do tego teatru. Kwestionowanie sensu podjętych działań i zadawanie pytań było i nadal jest nie na miejscu. Myślenie też jest nie na miejscu.

Niezależnie, czy zalecenia są słuszne czy nie, jesteśmy nauczeni posłuszeństwa. Działa zasada kija bez marchewki, a więc jeśli nie słuchamy poleceń, otrzymamy karę, ale jeśli ich słuchamy, to nic wielkiego się nie wydarzy. Dlatego nawet jeśli w głębi siebie czujemy, że te puzzle za nic nie chcą się ułożyć, to działamy tak jak trzeba, dla świętego spokoju. Zdecydowanie łatwiej jest funkcjonować w społeczeństwie, idąc schematem niż łamiąc zasady i działać indywidualnie, nawet jeśli to my mamy rację. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy to nasze dążenie do świętego spokoju wykorzystuje się do wprowadzania nowych, często pozbawionych sensu zmian.

Od tych kilku miesięcy zastanawiam się, co jeszcze można wprowadzić w imię dobra ogólnego? Bo zrobiono już niemal wszystko, co można i nie można było. Poziom absurdu sięgnął dziś zenitu, gdy dowiedziałam się, że od soboty w moim mieście wracają obowiązkowe maseczki w przestrzeni publicznej. Że wesela tylko do 50 osób. Że ludzi w autobusie ma być mniej. I mogłabym to zrozumieć, gdybym żyła na wyspie, ale akurat jestem w środku konurbacji, gdzie miasto przenika w miasto, a z okien widać inny powiat. To trochę tak, jakby ten syrop, co nam lekarz przepisał miał wpływać prosto do oskrzeli z pominięciem żołądka. W końcu na reklamach tak jest, więc się da.

W tym wszystkim próbuję odzyskać spokój i wrócić do tego, co jest naprawdę ważne w moim życiu. To trochę jak usypianie dziecka, gdy sąsiad za ścianą wierci z pasją od kilkudziesięciu minut. Niby wiemy, że najważniejszy jest spokój, ale jakoś to wiercenie wytrąca nas z równowagi. Jestem wdzięczna, że ja i moi bliscy są zdrowi i staram się pamiętać o tym wszystkim, co mam, jednak są takie dni, gdy przychodzi ten sąsiad pożyczyć wiertarkę i już wiem, że nie dam rady uśpić tego dziecka.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *