fbpx

Rowerowy sierpień – 1 do 9 sierpnia 2020

To miał być jednorazowy pomysł, by spędzić ciekawie czas bez organizacji wielkich wyjazdów z dala od domu. Taka namiastka wakacji, gdy pakowało się plecak i ruszało się nad wodę, do lasu czy w inne ciekawe miejsca w okolicy. Bo takich miejsc jest bardzo dużo i to dużo bliżej niż mogłoby się wydawać. Miejscowi mają talent do umniejszania wartości turystycznej miejsc, które są blisko, a zachwycania się nad tym, co jest daleko od domu. A właśnie bywa tak, że nie trzeba wyjeżdżać daleko, by trafić do miejsc, które kradną na zawsze kawałek serca. I co najlepsze, są dostępne dla nas przez cały rok.

Staw Kokotek w Rudzie Śląskiej

Tegoroczny Rowerowy Sierpień rozpoczął się dwa dni później niż planowałam, ze względu na decyzję o rezygnacji w tym roku z roweru miejskiego w Radomiu, gdzie byłam w pierwszych dniach sierpnia. Miałam nawet pomysł, by oddając coś w zastaw, pożyczyć od kogoś miejscowego rower na dwa dni, jednak dałam sobie spokój i ugasiłam ambicję. Ostatecznie na pierwszą wycieczkę na dwóch kołach wyruszyłam 3 sierpnia, odwiedzając staw Kokotek w Rudzie Śląskiej. Jest to mały zbiornik wodny na granicy dzielnic Ruda i Chebzie, mieszkańcom Rudy Śląskiej znany bardziej jako staw przy Urzędzie Skarbowym. Może dlatego spotkałam tam tylko rybaków. Teren urokliwy, choć dość mało rozległy. Przy okazji dowiedziałam się, że nie tylko jezioro nie mogło być, no właśnie, przez Jasia, ale staw Kokotek przez Anię również z powodu licznych zarośli od strony ulicy Zabrzańskiej.

Park Młodzieży w Rudzie Śląskiej

Drugi dzień rozpoczął się u mnie bardzo słabym samopoczuciem. Do tego stopnia, że z łóżka wstałam prosto na obiad, a do południa porozumiewałam się głównie za pomocą stęknięć z powodu miesiączki. Popołudniu wybrałam się jednak na lekki przejazd i korzystając ze słabszego dnia, odwiedziłam pobliski park Młodzieży w Rudzie Ślaskiej w dzielnicy Orzegów. Jest to mały park położony na wschód od rolkowiska Burloch. Nie ma tam rozbudowanej infrastruktury, jest za to dużo ścieżek i spokój, który tego dnia był mi potrzebny. W centralnym punkcie parku jest drewniany mostek nad kamiennym oczkiem wodnym. Jest to najbardziej zadbana część parku.

Pierwszy i drugi etap 77. Tour De Pologne

Dwa kolejne dni przypadły już tradycyjnie na Tour de Pologne. W tym roku pierwszego dnia przyjechałam do Katowic, gdzie kibicowałam kolarzom na miejskiej pętli, którą pokonywali trzykrotnie. Podobnie jak w ubiegłym roku doszło do poważnego wypadku, choć na szczęście tym razem nie był on tragiczny w skutkach. Drugiego dnia ponownie zameldowałam się przy miejskiej pętli, tym razem w Zabrzu. Razem z moją drugą połową przejechaliśmy przez Mikołów do Zabrza, dzięki czemu złapałam nieco więcej kilometrów, niż sama bym zaplanowała. Jako anegdotę opowiem, że gdy jechałam przez plac Wolności w Katowicach, zawołał mnie starszy pan „Pani jedzie w Wyścigu Pokoju?”, na co odpowiedziałam „Tak, ale spóźniłam się na start.”

Dolina Potoku Bielszowickiego

Dzień piąty to wyczekiwany powrót lata, co wykorzystałam, by odwiedzić po raz pierwszy Dolinę Potoku Bielszowickiego. Wielokrotnie przejeżdżałam obok, bo na Bykowinie wzdłuż ulicy Górnośląskiej jest piękna, prosta, asfaltowa (mów mi więcej) ścieżka rowerowa. Jadąc nią w stronę Kochłowic, należy skręcić w prawo na wysokości kościoła św. Barbary, a następie w prawo wzdłuż potoku. Chłodny powiew od wody i leśne fragmenty ratowały mnie w te upalne popołudnie i jeszcze bardziej pozwalały docenić to nowoodkryte miejsce. Jadąc ścieżką wzdłuż potoku, przez moment wpadłam w zachwyt nad „tu i teraz”. Bo mimo temperatury powyżej 30 stopni i braku butelki wody, było tam pięknie.

Park Kościuszki w Katowicach

Szósty dzień to ponownie wyprawa do Katowic znaną i lubianą trasą, którą w ubiegłym roku jeździłam na parkrun. Tym razem cel był inny, choć równie ważny – urodziny zaprzyjaźnionej z katowicką lokalizacją kawiarni Gruba Ciotka, która świętowała swoje pierwszy rok działalności. Był tort, lody, gofry, a nawet popcorn, więc w skali od jeden do dziesięć motywacja wynosiła jedenaście. Zanim jednak odebrałam swoją niezaprzeczalnie zasłużoną nagrodę, pokręciłam się trochę po parku i sprawdziłam, co słychać w starych kątach. I ku mojemu zadowoleniu wszystko było jak dawniej. Nawet kwiatów jakby więcej.

Rezerwat Segiet w Bytomiu

Niedzielny przejazd miał być najdłuższy, jednak miałam ograniczony czas i chęci też mniej na długie kręcenie. Pojechałam więc w kierunku Strefy Ekonomicznej, motywując się po raz kolejny lodami, jednak w ostatniej chwili zmieniłam zdanie i tuż przed Strefą skręciłam w kierunku Ostoi Miechowickiej. Dobrowolnie zrezygnowałam z lodów! Co więcej, w Miechowicach stwierdziłam, że w sumie co się będę tu kręcić po lesie, jak mogę pojechać do Rezerwatu Segiet. I ostatecznie dojechałam, choć nawigacja w lesie droczyła się ze mną do tego stopnia, że kazała mi zawrócić, ale dopiero za 200 metrów. Ostatecznie na podstawie mapy dojechałam do celu, a nagrodą były podjazdy i kamienie. Było tam pięknie, jakbym przeniosła się na górski szlak w lesie, ale moje nogi nie podzielały zachwytu. Wróciłam więc przez Stolarzowice i Rokitnicę i w ten sposób udało się wykręcić 36 km, najdłuższy dystans w tym tygodniu.

Łącznie przejechałam 166 km w 9 godzin i 16 minut. Dużo czy mało? Szybko czy wolno? W tym wyzwaniu skupiam się na miejscach, a nie na wynikach. Z ubiegłego roku nie pamiętam średnich prędkości, za to mam w głowie piękne widoki, cudne miejsca i emocje, które mi towarzyszyły. Nawet bolące nogi czy chęć wjechania na pierwszą lepszą stację benzynową, by błagać o chłodny sok pomarańczowy znikają, a zostaje tylko to, co najważniejsze. Dziś wieczorem rozpoczynam drugi tydzień, ale gdzie pojadę i jakie miejsca odwiedzę, tego dowiecie się niebawem. Zapraszam was do śledzenia relacji na Instagramie oraz Facebooku, gdzie na bieżąco dodaję materiały z moich rowerowych wypraw i nie tylko. #rowerowysierpień

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *