fbpx

Sielpia – tam, gdzie Piekło spotyka się z Niebem

Gdy kilkanaście lat temu odwiedziłam Sielpię po raz pierwszy, nie sądziłam, że tam wrócę i na nowo odkryję to miejsce. Już bez tłumów na deptaku, głośnych dźwięków automatów do gry i zapachu smażonej ryby.

Wróciłam tu po sezonie, gdy Sielpia szykowała się do odpoczynku po kolejnym wakacyjnym oblężeniu, dzięki czemu mogłam docenić jeszcze bardziej urok zalewu, okolicznych lasów i tras rekreacyjnych. Mieszkańcom województwa świętokrzyskiego nie trzeba przedstawiać tego miejsca, jednak uznałam, że warto opowiedzieć o nim więcej.

Sielpia to niewielka wieś w gminie Końskie położona wśród malowniczych lasów iglastych nad zalewem Sielpia. Dzięki bliskości szlaków pieszych, rowerowych oraz akwenu wodnego stanowi doskonałe miejsce do aktywnego wypoczynku, o czym mogłam przekonać się na własnej skórze. Kolejnym plusem jest dojazd, ponieważ miejscowość zlokalizowana jest w centralnej Polsce. Zdecydowanie łatwiej dojechać tu autem, ponieważ w innym przypadku trzeba liczyć się z dojazdem z przesiadkami, by dotrzeć do celu. Na miejscu czeka duża baza noclegowa, zarówno domki jak i pokoje, i standardowe atrakcje dostępne w turystycznych miejscowościach jak budki z jedzeniem, pamiątkami czy też miejsca, gdzie można spędzić wolny czas po powrocie z plaży.

Zaledwie kilka kilometrów od Sielpi znajdują się dwie wsie o dość osobliwych nazwach – Piekło, a tuż obok Niebo. Jadąc rowerem w kierunku wspomnianych wsi, zastanawiałam się, skąd wynikły tak skrajne nazwy i czym sobie to Piekło zasłużyło, by tak brzydko je nazywać. Swój przejazd rozpoczęłam w Sielpi, i jadąc szlakiem Green Velo w kierunku Końskich, zjechałam na niebieski szlak, który poprowadził mnie nową asfaltową drogą prosto do Nieba. Tam też słońce zaczęło chylić się ku zachodowi, ale dobry humor mnie nie opuszczał, ponieważ jechało mi się bardzo dobrze, żeby nie powiedzieć „jak w niebie”.

Tuż po minięciu tabliczki granicznej na końcu wsi Niebo, wjechałam w las, a następnie w leśną ścieżkę z niemałymi podjazdami. Było coraz chłodniej, a słońce ledwo przebijało się przez szereg wysokich drzew. Na szczycie minęłam pomnik przyrody Skałki „Piekło”, a następnie ruszyłam w kierunku wsi o tej samej nazwie. Tej, o której sam Bóg zapomniał, bo asfaltowa droga usłana była dziurami, a większość domów była opuszczona. W dodatku mój telefon bardzo szybo się rozładowywał, pozostawiając tylko jeden procent baterii, a to dość mało, by wrócić z Piekła. Ruszyłam dalej przez las. W pewnym momencie zboczyłam ze szlaku, i kierując się oznakowaniem pieszym dotarłam do miejsca, gdzie ścieżka zarosła trawą, zapadła zmrok, a w oddali słychać było budzące się zwierzęta.

Wróciłam się do głównej drogi i zmierzałam nią z rozładowanym już telefonem. Naprzeciw wyjechał mój narzeczony, który pokierował mnie, jak mam dalej jechać, a właściwie uspokoił, że nie jestem tak daleko od cywilizacji, jak myślałam. Po dwóch kilometrach byłam już w Gatnikach, skąd dojechałam bez problemu do kwatery. Wieczorem przy gorącej czekoladzie czytałam o historii tych miejsc – o tajemniczych odgłosach słyszanych z okolic piekielnych skał i o ludziach, którzy przepadali tam bez reszty, ale też o masowej egzekucji mieszkańców obu wsi w 1940 roku.

Obecnie w Niebie mieszka blisko 100 osób, natomiast w Piekle zaledwie kilka, co brzmi dość logicznie. Można zastanawiać się natomiast, czy to nazwa tak działa na wyobraźnię, że tworzą się wiejskie legendy, które skutecznie zniechęcają do osiedlania się w danym miejscu i przyczyniają się do ponadprogramowych przygód na trasie, czy też z powodu atmosfery miejsca nadana jest taka a nie inna nazwa. Niestety nie ma na ten temat wielu wiarygodnych źródeł, więc pozostaje tylko rozmyślać o tym przez kolejne jesienne wieczory.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *